sobota, 31 lipca 2010

Dzień 1

Wiedziony ogólną zajebistością produktów Blizzarda, postanowiłem kupić sobie Starcrafta 2. Miałem oszczędzać, no ale chuj- 200 zł z kosztami przesyłki mnie nie dobije. Toteż kupiłem.
Kurier pozostawił mnie w głębokiej dupie, bo mu się zrobił jedniodniowy obsuw, przez to z planów wieczornego badania nowego produktu zrobiło się gówno. Najebałem się więc instead. Dobre i to. W końcu jednak w czwartek 2010-07-29 otrzymałem pudełko, spierdoliłem z pracy punkt 17 i rozpocząłem instalację gry.

Pierwszy zgrzyt- LOLWTF, jakiś drętwy głos tłumaczy mi historie gry po, kurwa, polsku. Nie dość, że słuchanie o "planecie Czar" albo "gazie wespańskim" zaczyna działać mi na mosznę, to na dodatek słowo mówione ni chuja się ma do słowa pisanego, ot- wtopa tłumacza / product quality managera / whatever. Po bardzo długiej instalacji (zdążyłem: podgrzać rosół, zjeść rosół, wysrać się, umyć ręce, umyć gary, znowu umyć ręce, zapalić, przygotować browary) wreszcie gotowe- wbijam.

Ładuje się toto długo w chuj, strasząc mnie mordą Jima Raynora, którego imidż zupełnie się zmienił od tego, co było w pierwszej części.
Załadowane. Fancy and sexy menu, podpowiedzi. samouczki. achievementy, statystyki- super, a dodatkowo globalne konto battle.netowe pozwala moim kolegom z World of Warcraft przyjebać się o to, że nie poszedłem na rajd, tylko w Starkrafta łupię. No to łupiemy.

LOLWTF, cutsceny na YouTubie wyglądały jakoś seksowniej, ale tu też fullmiazga. Czuję wzwód. GUI bardzo ładne, grafika 3D zajebista, dźwięki przedzierają się przez brudne uszy i łechcą mózg, no ogólnie: sperma. No to robimy buildzik, Command Center, hotkey S żeby kolejnego SCV zbudować.

I się, kurwa, zaczęło.

"ERK GOTOWE"
Co jest, zaraz, what the heck, ażem na krześle podskoczył. Wyglądam przez okno czy to może pogotowie nie przyjechało, ale nie, tylko jacyś gówniarze siedzą i tanie browary piją, bo wiadomo, z kieszonkowego na lepsze nie starcza. Słyszę po krótkiej chwili ponownie: ERK GOTOWE. I dociera do mnie smutna, przerażająco smutna prawda: oni przetłumaczyli wszystko!
Nie, żebym miał coś przeciwko językowi ojczystemu, a i fajnie, że Polska jest na tyle wielkim rynkiem, że Blizzard się fatyguje, aby taką robotę zrobić, no ale, panie i panowie, co to kurwa jest?

"NIECH ŻYJĄ RAKIETERZY".
Ciary na plecach. Nic to, gram dalej.

"SIĘ IDZIE"
Naplet wyje z bólu. To chyba miało być "lets' roll" ? Napieram dalej.

"SPRZEDAJ MNIE"
Ot, z Raynora wyszła natura dziwkarska. Mimo to, misja ukończona.

Następna cutscena. Jakiś aktor znany z Klanu, M jak Miłość czy innego gówna włącza uber-leet-masculine mode, że po prostu pannom mokro i dalejże, podkładać głos Tychusowi Findleyowi. Przestaje mnie to wkurwiać, bo zainstalował się już drugi browar. Następna misja- o, fajnie, nawet grafikę ingame przetłumaczyli. Miało być "MENGSK FUCK YOU", no ale zabrakło polskich czcionek, więc mamy "MENGSK PIEPRZ SIE". Przechodzę tak trzy misje i czas spróbować MultiPlayer.

Zwołujemy się z kumplami i napieramy 3v3. Ja wybieram moich ulubionych Zergów. I, pomimo paru lat łupania w SC1/BW, gubię się jak chuj w dupie. Co to kurwa jest "Nadrządca" / "Kręgowij" / "Niecka rozrodcza" ? Po co, na co, dlaczego, po chuj. Tak klimat spierdolić to tylko w kiblu.

Anyway, dostajemy wpierdol kilka walk i idziemy offline. A ja mam mocne postanowienie grać w piątek po robocie i odkrywać następne uroki spolszczenia tej znakomitej gry.
Stay tuned.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz